Nie przypuszczałabym, że uda mi się sfotografować TAKIE TEGOROCZNE (!!!) sople.
W gruncie rzeczy zdążyliśmy się od prawdziwych zim odzwyczaić i niby one nadal istnieją, ale już tylko we wspomnieniach sprzed lat, w zabawnych anegdotkach o wędrówkach w wąwozach śnieżnych czy kłębach waty, utykanych między podwójne okna, żeby możliwie polikwidować szpary mogące wpuścić mróz do mieszkania. Przypominamy kwiaty wymalowane mrozem na szybach czy niewielkie dziurki wychuchane ciepłym oddechem dla sprawdzenia, co się dzieje na dworze i czy jakieś dzieciaki nie wędrują przypadkiem z sankami na pobliskie górki... To były zimy! I można je wspominać godzinami.
A dziś?! Niewielki mróz i od razu afera niemal na skalę międzynarodową i pretensja do całego świata, że kto to widział, żeby tyle śniegu napadało i dlaczego jeszcze nie odśnieżone?!...Wyraźnie się rozpaskudziliśmy. Zamiast się cieszyć, że może choć trochę robactwa wymarznie, ciągle na coś narzekamy.
Byłam wczoraj z kotem w Warszawie na pobranie krwi /o kocich dolegliwościach będzie oddzielna notka, ale jeszcze nie teraz!/. Do Warszawy jechaliśmy około godziny ale wracaliśmy blisko cztery, choć jeszcze nie wszystkie firmy pokończyły pracę. Warszawa w pień zakorkowana a jeszcze stłuczka na trasie. Za Warszawą też nie lepiej, bo przebudowy drogowe.
Sznur, sznur, sznur samochodów!
Biedna, bogata Polska!







