28 kwi 2026

Kocie opowieści

 Mam nadzieję, że hasło "weterynarz" na ten rok jest już nieaktualne. Szczepienie na choroby zakaźne zaliczone, choroba skórna Bąbla zdiagnozowana. Nie wiem, czy idealnie, ale lekarstwa zostały dobrane i wygląda na to, że są skuteczne. Po konsultacji z tutejszą panią weterynarz zmniejszyłam dawkę leku i obserwuję, czy świąd skóry nie wróci. To niby dopiero kilka dni, ale- jak dotąd- nic złego się nie dzieje.

Tabletka jest mała i podzielenie jej na 4 części wymaga sporej precyzji. Okruszki są malutkie a i tak zaaplikowanie kotu porcji wymaga ogromnej uwagi i... cierpliwości, bo Bąbel wcale chętnie tego nie łyka. Szczęśliwie tabletka ma wyraźny żółty kolor z odcieniem seledynu, więc nawet niewielki okruszek jest do zauważenia, ale tak na dobrą sprawę nie zawsze jestem pewna, czy podanie leku zakończyło się sukcesem, bo Bąbel stosuje różne sztuczki.

Niby wspólnie oswoiliśmy temat i przynajmniej nie muszę kota po całym domu ganiać.Wie, co go czeka i jakoś się z tym godzi, co wcale nie oznacza braku buntu. 

Chwytam i unieruchomiam Bąbla, po czym wciskam mu ćwiartkę tabletki w pyszczek i czekam aż połknie. Czasem dzieje się to już za pierwszym razem, ale rzadko. Na ogół energiczny ruch języka i lekarstwo spada na podłogę. Podnoszę i operacja zaczyna się od początku; czasem jest niby połknięcie - ja cała szczęśliwa uwalniam kota i ... widzę żółty okruszek na podłodze. Jak dotąd, rekord padł, gdy połknął za siódmym razem a ja byłam spocona jak ruda mysz!!

A i wtedy, gdy wszystko wskazuje na to, że Bąbel lekarstwo połknął, 100% pewności nie ma, toteż za każdym razem dopiero zjedzenie kilku chrupek uspokaja mnie, że poranna/wieczorna operacja jest szczęśliwie zakończona.


 W miseczce po lewej stronie jest woda, po prawej stronie jest mokra karma, chrupki sypię na podłogę.

Początkowo chciałam suchą karmę też sypać do miseczki, ale kotu wyraźnie to nie pasowało- wygrzebywał łapką na podłogę pojedyncze chrupki i dopiero wtedy zjadał.  No to mu ułatwiłam!

Gdy bardzo mi zależy /po tabletce/, żeby coś zjadł, śmigam chrupkiem po podłodze, kot rzuca się za tym jak na prawdziwym polowaniu i zjada. I tak kilka razy. No skoro kilka chrupek zostało zjedzone, to i leku już nie wypluje.

Tradycyjnie całe dnie- z przerwami na posiłki- spędza na dworze, a gdy ma ochotę, układa się na podłodze...


... albo na kolanach.

 

I chyba dobrze mu z nami...

 

 


 

20 kwi 2026

Wpisuję Ci się w środku...


 

I już wiadomo, że będzie o pamiętnikach, sztambuchach, czy jak się tam te zeszyciki nazywało.

 

 

 Przyznam, że do napisania tej notki zainspirowała mnie Pani od Puszka, która zwróciła uwagę na krótką dygresję w notce. /Zdjęcia wzięłam z internetu, bo chociaż swój dziewczyński pamiętnik też miałam, to wcale nie jestem pewna, czy go nie zniszczyłam w trakcie likwidowania zbędnych papierzysk./

Nie przypominam sobie, czy jakikolwiek chłopak miał pamiętnik, chyba nie... pamiętnik to była domena dziewczyn. Chłopcy mogli się wpisywać, czemu nie, ale własnych pamiętników nie prowadzili. Jakie były wpisy? Różne. Poważne wiersze- to przy wpisach nauczycieli i innych osób dorosłych, jako że im nie wypadało głupot wpisywać, ale już dzieciaki plotły trzy po trzy para piętnaście- tak, żeby można się było pośmiać albo poplotkować. Ot, choćby początek wpisu z tytułu notki: Wpisuję Ci się w środku, bo Cię kocham kotku! 

 A już z różami była cała seria:

Na górze róże, na dole fiołki, kochajmy się zawsze jak dwa aniołki!

Na górze róże, na dole mech, kto Cię nie kocha, niechby zdechł!

Na górze róże, na dole bez, kto Cię nie kocha, ganiał go pies!

Podobnych wersji było całkiem sporo. Całkiem sporo w ogóle było wierszyków o tematyce damsko -męskiej, chociaż wszystko to pisały przecież dzieciaki. I tak na przykład: 

Napił się dziadek słodkiego wina i gania babcię wkoło komina.

Swoistą atrakcją wielu pamiętników były tzw. sekrety. Był to zagięty róg kartki z napisem "sekret". No a wiadomo, że jak sekret, to tym bardziej chciałoby się tam zajrzeć. No i się zaglądało a tam... narysowana była paskudna gęba i podpis: Kto tu zagląda, ten tak wygląda!

Ozdabianie wpisów rysunkami zawsze było mile widziane.

     Zapraszam wszystkich chętnych do dzielenia się własnymi wspomnieniami w temacie szkolnego pamiętnikarstwa. Może jakieś zabawne wierszyki?

   Przyda nam się trochę luzu i uśmiechu! :)) 

10 kwi 2026

6


 Cały wczorajszy dzień upłynął na śledzeniu różnych poczynań i różnych komentarzy związanych ze ślubowaniem sześciorga sędziów wybranych przez Sejm do Trybunału Konstytucyjnego.

Cała machina propagandowa sprowadzała się do kwestii- są nowymi sędziami Trybunału czy nie. 

Mimo wściekłej nagonki z prawej strony, powiało optymizmem i wiarą w rzeczywistą odnowę skundlonego, upolitycznionego dotąd TK.

Powiem tyle, że dla mnie budująca była sędziowska solidarność i jeszcze: dawno już z taką przyjemnością nie słuchałam dziennikarskiej rozmowy jak wczorajszej: Kolendy-Zalewskiej z Czarzastym.

I tak mi się pomyślało, że historia zatoczyła koło- bo przecież rozmontowywanie praworządności w Polsce zaczęło się od niszczenia i upolityczniania TK właśnie - i że teraz zacznie się autentyczne odzyskiwanie sędziowskiej niezależności, czyli niejako powrót do korzeni.

Pamiętam swój pierwszy protest, właśnie ten spod gmachu Trybunału. Była nas wtedy garstka... I następny protest, i następny. I zawsze na początku był niepokój: czy ludzie się zmobilizują, czy przyjdą/przyjadą... i oddech ulgi, gdy tłum gęstniał. I nadszedł 15.X...

Mocno trzymam kciuki za mądrość i determinację Węgrów!

JESZCZE  BĘDZIE  PRZEPIĘKNIE,  JESZCZE BĘDZIE  NORMALNIE! :)

P.s. A Hołownia to ....!

Powiało!

 

Z niewielkim opóźnieniem, ale zawsze warto zapisać "ku pamięci". /I tu od razu wtręt, bo ile razy pada hasło "ku pamięci", to natychmiast przypomina mi się najbardziej popularny wpis do dziewczyńskich pamiętników: Ku pamięci, ku pamięci! Niech ci diabeł łeb ukręci! :)))/

Ale do rzeczy! Przy chodniku rósł sobie jałowiec. Chyba jałowiec, bo igiełki krzaczaste i drobniutkie, ale jednocześnie straszny dziwak. Do tej pory kojarzyłam jałowiec z drzewo-krzakiem, średnio wysokim i nieco przysadzistym, tymczasem nasz wybujał pod niebiosa na jednym niezbyt grubym badylu, na pewnej wysokości podzielonym na dwie równie wysokie gałęzie, przy czym jedna wyraźnie podsychała. Żadna to dekoracja, ale jakoś nikomu specjalnie nie przeszkadzał, więc rósł sobie spokojnie. Do czasu.

Kilka dni temu sprawę załatwił wiatr. Kilka silnych podmuchów sprawiło, że gałęzie rozszczepiły się a ponieważ górą szedł kabel, zaistniała całkiem realna groźba, że kolejny podmuch może gałąź na niego rzucić i w efekcie zerwać.

Szczęśliwie dość szybko udało się sprawę załatwić i niebezpieczeństwo zostało zażegnane.

 


 


Czy mi go szkoda? Jednak nie, choć zazwyczaj mocno ubolewam nad stratą każdej zieleniny- stanowił zbyt wielkie zagrożenie i prędzej czy później i tak powinien zostać wycięty.