Jeśli tak wygląda chory kot, to ja już nic nie rozumiem!
Ale mi się trafił egzemplarz- delikatny jak francuski piesek a wydawałoby się, że rasa typu dachowiec jest odporna na wszystko!
Otóż NIE!! Od dłuższego czasu są problemy.
W późnym dzieciństwie miał coś z gardłem i brał jakieś lekarstwa, ale czy były to antybiotyki- nie pamiętam. Bardzo możliwe, że tak.Potem dość długo było wszystko w porządku, ale... na grzbiecie zrobiła się cienka kreseczka. Początkowo nie przywiązywałam do tego wagi- pewnie Bąbel przełaził gdzieś pod siatką i wyszarpał trochę sierści. W końcu jest kotem wychodzącym, więc różne przygody mogą się zdarzyć. Ale żadnego skaleczenia nie było i to powinno mi trochę dać do myślenia.
Gdy kreseczka zrobiła się szersza, skonsultowałam to z miejscową panią weterynarz, ale konkretna diagnoza nie została postawiona, przy czym lekarka zasugerowała, że gdyby coś mnie bardziej zaniepokoiło, to mogę skonsultować ze zwierzęcym dermatologiem.
Ścieżka na grzbiecie robiła się coraz szersza. Jedna wizyta u specjalisty- sterydy, niewielka poprawa i powrót do stanu poprzedniego, druga wizyta u specjalisty- to samo! A czas leciał i kot wyraźnie cierpiał: ocierał się o przedmioty, wyrywał sobie sierść. Zwątpiłam.
Pogadałam z córką. Ma różnych znajomych, może ktoś zna kociego dermatologa- takiego z prawdziwego zdarzenia. Strzał w dziesiątkę. Nowy adres. Mam wrażenie, że to jest to, ale nic nie dzieje się nagle. Zmiana karmy, leki podawane przez dwa tygodnie, ponadto analiza strupków czy zrogowaceń, bo i te już były. Diagnoza- atopowe zapalenie skóry- i leki. O tym już zresztą pisałam.
Bąbel przyjmował leki prawie przez miesiąc, gdy... nagle przestał jeść. Pił wodę i spał. Początkowo myślałam, że to wynik świątecznego stresu, ale gdy zajrzałam do internetu, wpadłam w panikę. Sms do pani dermatolog z przeprosinami, że zakłócam jej prywatny czas, ale proszę o pomoc. Odstawić leki! Zrobić analizę krwi- tu nazwisko lekarki.
Biedny Bąbel! Był zestresowany bardziej niż ja! W drodze do Warszawy trzymałam torbę z nim na kolanach, miauczał... i po raz pierwszy w swoim kocim życiu zsikał się tam, gdzie nie powinien. Torba mokra, moja kurtka i spodnie też mokre.
Cała operacja nie trwała zbyt długo, ale nie obyło się bez problemów: trzeba było wkłuwać się w drugą łapkę, bo z pierwszej krew nie chciała lecieć.
Wyniki były już następnego dnia. Dwa dobre, trzeci niepokojący- toksoplazmoza. Za miesiąc powtórka analiz. Kot, mimo spadku wagi, jest w dobrej formie, więc być może organizm sam zwalczy pasożyty; jeśli nie- dostanie antybiotyk. Jest to o tyle ważne, że przy toksoplazmozie nie wolno podawać tamtych leków na leczenie skóry. I historia zaczyna się od początku!!
Jak jest teraz? Jeszcze nie jest źle. Właściwie wszystko jest ok. Sierść odrosła, ta ostra, przy skórze. Może i ta miękka z czasem odrośnie...
Tylko ja wpadam w paranoję i obserwuję, czy kot znowu zaczyna wyrywać sobie sierść, czy nie? Czy obecne lizanie to normalna kocia toaleta, czy już nadmiarowa?
No, nie jest lekko! Świr stoi za drzwiami!;( Jakby co- pomyślcie ciepło o Bąblu!