Z niewielkim opóźnieniem, ale zawsze warto zapisać "ku pamięci". /I tu od razu wtręt, bo ile razy pada hasło "ku pamięci", to natychmiast przypomina mi się najbardziej popularny wpis do dziewczyńskich pamiętników: Ku pamięci, ku pamięci! Niech ci diabeł łeb ukręci! :)))/
Ale do rzeczy! Przy chodniku rósł sobie jałowiec. Chyba jałowiec, bo igiełki krzaczaste i drobniutkie, ale jednocześnie straszny dziwak. Do tej pory kojarzyłam jałowiec z drzewo-krzakiem, średnio wysokim i nieco przysadzistym, tymczasem nasz wybujał pod niebiosa na jednym niezbyt grubym badylu, na pewnej wysokości podzielonym na dwie równie wysokie gałęzie, przy czym jedna wyraźnie podsychała. Żadna to dekoracja, ale jakoś nikomu specjalnie nie przeszkadzał, więc rósł sobie spokojnie. Do czasu.
Kilka dni temu sprawę załatwił wiatr. Kilka silnych podmuchów sprawiło, że gałęzie rozszczepiły się a ponieważ górą szedł kabel, zaistniała całkiem realna groźba, że kolejny podmuch może gałąź na niego rzucić i w efekcie zerwać.
Szczęśliwie dość szybko udało się sprawę załatwić i niebezpieczeństwo zostało zażegnane.
Czy mi go szkoda? Jednak nie, choć zazwyczaj mocno ubolewam nad stratą każdej zieleniny- stanowił zbyt wielkie zagrożenie i prędzej czy później i tak powinien zostać wycięty.


Proszę się nie dziwić mało ciekawemu rozmieszczeniu zdjęć. Coś źle wcisnęłam, nie umiałam poprawić i poszło jak poszło- trudno!Całkowicie sprawną blogerką nigdy już nie będę i nawet nie jest mi wstyd; mało- mam na to pełną zgodę. I tak całkiem nieźle sobie radzę! :))
OdpowiedzUsuń