Zacznę od tego mema, bo dosyć trafnie obrazuje mój stan ducha.
Co się z jednego wygrzebię, to coś innego siada i niby wiem, że to SKS /starość, k..., starość!- jeśli ktoś nie zna tego powiedzonka/, ale wcale przez to lżej mi nie jest.
No, dobra! Poskarżyłam się- i starczy!
____________
Po czasach kulturowej posuchy trafił mi się wyjazd do teatru. Mało, pod koniec miesiąca będzie jeszcze jeden! Ale wróćmy do tego pierwszego.
Gdyby spektakl miał związek z datą, powiedziałabym, że to wina pecha, bo było to 13-ego... ale nie da się tego tak wytłumaczyć!
Przestrzegam- TEATR CAPITOL, spektakl "Rybka". Teoretycznie komedia i rzeczywiście- niektórzy widzowie nieźle się bawili a ja czułam się trochę tak, jak bym przez przypadek trafiła na koncert Zenka Martyniuka czy Sławomira...
A może to kara boska, że połakomiłam się na frajerski bilet- na zasadzie, że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda?...
Treść?
Nie wyłapałam- to było zbyt absurdalne: aktorzy bez przerwy miotali się po scenie, przenosząc rybkę w szklanym słoju z prawej strony na lewą- albo odwrotnie...
Przyznam, że mocno im współczułam- to żenujące dawać swoje nazwisko na taki chłam.
Na przerwie wyszłam i nie wróciłam już na salę. Szkoda czasu!
_____________________________________
No i to by było już.
Telewizję oglądam, ale bez emocji. Zło czai się wszędzie. Staram się nie osuwać w pesymizm, bo los potrafi płatać figle i różne pozytywne niespodzianki zdarzyć się mogą- i ciągle jeszcze na to liczę, bo jak wyśpiewał mistrz Młynarski- jeszcze w zielone gramy!
Czyli:
DZIŚ TO KOLEJNY DZIEŃ BLIŻEJ DO OBALENIA PISU! I tego się trzymajmy! :)

















