Niby jest pozytyw a czuję się jak przekręcona przez wyżymaczkę.
Znowu byłam u lekarki i mam nadzieję, że był to ostatni raz, bo więcej nie zniosę.
Ostatnio pisałam Wam, że Bąbel miał pobieraną krew i zalecenie, żeby badanie krwi powtórzyć po miesiącu a w razie stwierdzenia toksoplazmozy trzeba będzie wziąć antybiotyki.
To, że toksoplazmoza jest, wiedziałam telefonicznie już następnego dnia, ale leczenia żadnego nie było i żadnej sugestii na ten temat, czyli trzeba ten miesiąc odczekać do następnego badania krwi. No to cierpliwie czekałam a tymczasem zima za oknem szalała: śnieg, ślizgawica- o żadnym wyjeździe do Warszawy mowy być nie mogło.
W tzw. międzyczasie poczytałam trochę w internecie, że toksoplazmoza u wychodzących kotów jest oczywista i nawet się jej nie leczy, jeśli kot zachowuje się normalnie i na chorego nie wygląda. Co innego, jeśli są objawy chorobowe- wtedy tak! Przy czym warto dodać, że tę cholerną toksoplazmozę kot może przechodzić kilka razy- zeżre ptaszka czy myszkę i już. Zapachniało mi regularnymi wizytami u pani wet i trochę mi entuzjazm ostygł, bo każda taka wizyta to mocno przeczyszczone kieszenie i skołatane nerwy- to ewidentnie dzień wyrwany z życiorysu.
Doszłam do wniosku, że daruję sobie kolejne badanie krwi a po raz ostatni skontaktuję się z lekarką prowadzącą i wypytam ją o wszystko, czego nie jestem pewna i co mnie niepokoi. A skoro drugie lekarstwo też działa, to nie wpędzę kota w nerwicę niepotrzebnymi wyjazdami, bo to bez sensu, skoro ta tokso może być parę razy.
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Syn zawiózł mnie do lekarki. Kot oczywiście znowu się zsikał, mnie się ręce trzęsły jak galareta a pani doktor trochę mnie słuchała, trochę była jakby mało obecna myślami.
Ostatecznie tego, co najważniejsze jednak się dowiedziałam. Podstawowe lekarstwo ma brać 2 razy dziennie po pół tabletki- prawdopodobnie do końca życia. To drugie choróbsko, czyli toksoplazmoza- raz dziennie 3/4 tabletki-przez 6 tygodni a potem jakieś drogie badanie... i oczywiście żeby nie zlekceważyć! Jakoś mi to na antybiotyk nie wyglądało, ale przecież nie będę mądralować, że ta lekarka od pobierania krwi mówiła co innego...
Na zdjęciu obok dzienna kocia dawka.
Już się nad sobą użalam, bo zupełnie nie wiem, jak sobie z tym poradzę, ale- jakoś będę musiała.
O podawaniu leków będzie odrębna notka...
I myślę sobie, że te 6 tygodni mojej mordęgi będą po to, żeby nie męczyć kota kolejnymi wizytami.


O matko i córko!
OdpowiedzUsuńJeszcze trochę a i Tobie będą potrzebne leki na skołatane nerwy.
Coś w tym jest!😇
OdpowiedzUsuńOjoj, nie zazdroszczę, odkupisz za to wszystkie grzechy!
OdpowiedzUsuńSpójrz, oczy Bąbla chcą Ci tyyyle powiedzieć! 😁 Rozmawiałaś już z nim? 😉
OdpowiedzUsuńdoczytałam, że każda gmina prowadzi dofinansowanie zabiegów i długo trwających chorób u psów i kotów (to nie jest gotówka a raczej refundacja kosztów leczenia);
Poszczególne gminy mają takie programy, o czym mogłabyś dowiedzieć się bezpośrednio u swoich "władz".
Zwierzak objęty tym świadczeniem powinien mieć książeczkę zdrowia, podstawowe szczepienia i ponad 6 miesięcy życia, a Ty stałe zameldowanie.
Spróbuj się dowiedzieć.
Po drugie primo: nie wiem, jak Ty, ale ja dałabym sobie spokój z panią weterynarz od mojego sierściucha, która nie ma cierpliwości wysłuchania moich uwag (czytaj: trosk i obaw) dotyczących chorego kotka.
Bierzesz babo pieniądze (i to wcale niemałe!) nie tylko za przepisanie paru recept i zapewne przy zgranej współpracy zaprzyjaźnionych farmaceutów. Byle jakie zbywanie klienta z kocim problemem jest po prostu nieprzyzwoite.
Howgh!
Trzymajcie się!❤️
😘