Uprzejmie informuję, że biorę przykład z mojego kota i oddaję się błogiemu lenistwu.
Biorę urlop od pisania notek i komentowania na blogach, bo zaglądać i czytać oczywiście nadal będę! :))
Miłych i udanych wakacji i - do zobaczyska! :)))
Uprzejmie informuję, że biorę przykład z mojego kota i oddaję się błogiemu lenistwu.
Biorę urlop od pisania notek i komentowania na blogach, bo zaglądać i czytać oczywiście nadal będę! :))
Miłych i udanych wakacji i - do zobaczyska! :)))
Żeby nie było, że podebrałam znaczny fragment tekstu, podaję adres bloga i zachęcam do czytania. Co prawda notki nie pojawiają się zbyt często, ale jak już się pojawią, to ho! ho! ho! jest co czytać i o czym myśleć!
http://kurodoma.blogspot.com/2022/06/sezon-na-chrust-uwazam-za-otwarty.html
Bardzo dziękuję, Wiszenko, za pozwolenie propagowania hasła. Mam nadzieję, że nie zastosowałam nadinterpretacji i nie będziesz miała do mnie żalu, że poleciłam również Twojego bloga?... Raz jeszcze bardzo Ci dziękuję! :)
Sezon na chrust uważam za otwarty...
Wszyscy piszą o chruście co to nam miłościwie panujący polecają zbierać na zimę zamiast węgla, którego prawdopodobnie zabraknie zimą, a i cena będzie taka, że okaże się on cenniejszy od złota.
Twitter się gotuje w temacie chrustu, myślę sobie po co ja mam o tym pisać skoro wszyscy zainteresowani wiedzą i piszą, ale zaraz zaraz...
Piszmy, mówmy, przypominajmy w każdym poście na blogach, twitterze, na fejsiu, na istagramie, w rozmowach ze znajomymi i nieznajomymi, wszędzie - wzywam mówmy o chruście.
Niech słowo "chrust" zrówna się ze słowem "ośmiorniczki" niech nabierze mocy sprawczej "ośmiorniczek" i odsunie widmo trzeciej kadencji "prawych i sprawiedliwych inaczej".
Ktoś zaproponował na Twitterze, żeby odpowiadać komuś kto opowiada jak to dobrze jest za obecnie miłościwie nam panujących "idź zbierać chrust", albo jak macie już kogoś dość to mówcie mu "już ty lepiej idź zbierać chrust".
Opozycjo niech zdanie "zbieraj chrust" wejdzie do waszego słownika, jeśli do żelaznego elektoratu PiS nie docierają fakty z afer i przekrętów to może dotrze do nich, że nie długo może zabraknąć nie tylko węgla, ale i chrustu, a może też samych lasów.
Myślę, że propozycja propagowania chrustu jest bardzo celna. Sama już zaczęłam ją stosować w codziennych sytuacjach typu: spotkanie znajomej w sklepie i krótka wymiana opinii na temat drożyzny- chrust wtedy jest szczególnie malowniczy! ;))
Wybrałam w internecie kilka fotek. Piękne są!
Bardzo wymownie obrazują naszą przyszłość.
Nic dodać, nic ująć. Raty kredytów rosną...
Może zatytułujmy-
Kolejna akcja tego rządu: opał + !!
Nie wiem, jak kto inny, ale ja wolałam mieć ciepłą wodę w kranie niż teraz zbierać chrust, by ją choć trochę podgrzać...
Spokojnej niedzieli i spokojnego następnego tygodnia! Nieustająco zdrowia! :)
Boję się, że dzisiejsza notka będzie dość chaotyczna, bo to, co się zadziało i dla mnie samej jest mało czytelne...no, spróbujemy! ;)
Więc tak:
Zacznijmy od tego, że technicznie jestem kiepska, ale i tak szalenie dumna z siebie, że na stare lata komórkę obsługuję, bloga prowadzę, ze skypem też sobie radzę a i z pocztą e-mailową jestem względnie oswojona. No, po prostu - cud, miód, margaryna! ;)) Miałam telefon iPhona. Stary, ale jary. Byłam z nim zaprzyjaźniona i służył mi cudnie. Ale baba jak to baba, zawsze dziurę w całym znajdzie. Wolno chodzi, wysłużył się!
Synek chciał mi pomóc, ale że do mojego typu aparatu pozytywnie nastawiony nie był, to dokładał mi minusów tegoż ustrojstwa a zachwalał wielce smartfon. Co prawda miałam opory, że nowej obsługi uczyć się trzeba, ale syn tak mnie wziął pod ambit, że poległam i wyraziłam zgodę na zakup smartfona. Nie pytajcie o nazwę, bo nie chce mi się tego szukać i sprawdzać.
I się zaczęło!
Ja sobie, on sobie!! Ja włączam tryb głośnomówiący, on w ogóle przerywa rozmowę. Bawię się jakąś grą ćwiczącą myślenie, telefon a tu ekran w ogóle się zaciemnia i nawet nie mam możliwości rozpoczęcia rozmowy, bo nie mam czego dotknąć czy nacisnąć. Dopiero za chwilę sprawdzam, kto dzwonił i oddzwaniam. No, horror w biały dzień. I bynajmniej nie epizod tylko ciągła walka, żeby mnie ten cholerny telefon zaczął słuchać. Niestety, on był górą.
Wpieniało mnie, gdy syn usiłował mnie przekonywać, jaki to doskonały aparat i że sobie buduję jakieś teorie. W końcu miałam już tego wszystkiego po uszy. Przeanalizowałam sprawę i wyszło mi, że: 1) albo aparat jest do bani już od urodzenia, 2) albo ja go zepsułam ściągając gry komputerowe, 3) albo aparat jest dobry ale, niestety, ja nie umiem i już nie nauczę się go obsługiwać.
Niezależnie od tego, która opcja była najbardziej prawdopodobna, doszłam do wniosku, że szkoda mojego zdrowia i życia na użeranie się z techniką dla mnie nie do opanowania i żeby już nie wchodzić w słowne utarczki z synem poprosiłam córkę, żeby mi zamówiła iPhona. I tak się stało. A smartfona dostanie wnuczek. I tylko mam drobne wątpliwości, czy jeśli prawdziwa jest opcja pierwsza lub druga, wnusio nie będzie babci przeklinał.
Wszystkiego Wam dobrego na weekend.
Muszę jeszcze nazbierać trochę chrustu, bo w środku lata chłodnych dni trafia się całkiem sporo! ;)
Jestem skowronkiem, więc wcześnie wstaję i wcześnie kładę się spać.
Wstaję na tyle wcześnie, że robię ćwiczenia dla mózgu, które zresztą sprawiają mi kupę przyjemności, biorę lekarstwa, robię przegląd prasy i różnych notek blogowych i jeszcze zostaje mi parę minut przed wyjściem po poranne pieczywo, by zastanowić się, co poza pieczywem trzeba dodatkowo kupić.
Któregoś dnia podczas takiego "przeglądu prasy" w Demotywatorach chwyciłam myśl, że nie krzyczymy, żeby wszystkiego nie stracić a wszystko stracimy, ponieważ nie krzyczeliśmy. Nie jest to cytat, ale sens mniej więcej taki właśnie. Chciałam nawet to ściągnąć, żeby umieścić na blogu, ale czymś się zajęłam, potem nie było czasu, potem zapomniałam a potem... już nie mogłam znaleźć! Szkoda.
Każdego dnia czytam notki Pawła Łęckiego, takie z pogranicza depresji, buntu i rezygnacji, nasycone pesymizmem i bezradnością. Czemu czytam i zanurzam się po uszy w tej beznadziei?... Sama nie wiem. Jest jakiś impuls, który w tym nawale słów, faktów i uczuć pozwala odnaleźć także strzępki własnych myśli, własnego gniewu, własnej niemocy.
On każdego dnia krzyczy, przypomina, ja- chyba przestałam. Codzienność domowych problemów skutecznie odsunęła mnie od myślenia o sytuacji w kraju i na świecie, co zresztą wcale nie oznacza, że przestałam się nią interesować, wkurzać czy martwić...może trochę brakuje mi czasu na krzyk...
Smutno mi.
Już , już chciałam z triumfem ogłosić, że ze wszystkim idealnie sobie poradziłam, tymczasem okazuje się, że nie takie proste to wszystko. Polityka- niejako z konieczności - zeszła na dalszy plan, szpital na peryferiach funkcjonuje całkiem nieźle, choć do ideału zapewne daleko. Ale- jak dotąd- wszystko bez większych oporów idzie w dobrą stronę.
Dobrze, że jest względnie ciepła pogoda, można zostawić drzwi uchylone i zwierzyna krąży zgodnie z własnym zapotrzebowaniem.
Bąbel robi sobie coraz dalsze wycieczki i nie zawsze melduje się na moje zawołanie, ale szczęśliwie trochę się już na to uodporniłam. No to dla rozluźnienia- znowu kilka kocich fotek:
Trochę słoneczne światło przeszkadza, ale ja nie fotograf a ponadto uchwycić śmigającego kota to duża sztuka.
Mało się nie zaklinował między dwoma pniakami, ale już jest prawie przy płocie- nie na darmo ostrzył sobie pazurki na moich nogach! ;)
Najlepszego Wam! :))
Niniejszym usprawiedliwiam wszystkie nieobecności BBM zarówno na zaprzyjaźnionych blogach jak i na własnym. Są one spowodowane dodatkowymi zajęciami z zakresu pielęgniarstwa i opieki. ;(
Córka dość poważnie złamała nogę i po prostu trzeba się nią zająć w najtrudniejszym okresie rekonwalescencji. To tyle. A jak jeszcze dodać do tego potyczki i gonitwy jej psa i naszego kota oraz pilnowanie obu misek, żeby nie dochodziło do awantur, to czas dość mocno się skurczył.
Dla osłody:
Do zobaczyska wkrótce!
Dobrego nowego tygodnia! ;)
Trafiłam przypadkiem na tekst, który na tyle mnie poruszył, że klawiatura znowu grzeje się do czerwoności.
Żeby nie operować ogólnikami, tekst już sprzed wielu lat- a ciągle żywy:
https://studioopinii.pl/archiwa/155732
Tekst Krzysztofa Łozińskiego "Duża lekcja do odrobienia" - bardzo polecam, bo będzie o czym podyskutować, tym bardziej że lata minęły a my tej lekcji nadal nie odrobiliśmy. Zastanawiam się nawet, czy w ogóle mamy ochotę ją odrabiać, bo może jest nam dobrze tak jak jest?! Z własną małością, zawiścią, kłótliwością i niechlujstwem intelektualnym?...
Właściwie już oczekuję zarzutu, że to nie w porządku, bo nie jesteśmy jedyni a podobne cechy czy zachowania spokojnie da się spotkać także w innych krajach. Z pewnością, tyle że cwaniactwa, agresji i zwykłego chamstwa nie traktuje się tam z akceptacją a nawet z podziwem - i pełną aprobatą rządzących władz. U nas urosły one do wzorów godnych naśladowania, pod warunkiem oczywiście, że wszystkie one są zgodne z interesem rządzącej partii.
Dość mocno przygnębił mnie ten artykuł.
Prawda boli, ale jest niezbędna do normalnego funkcjonowania. Tak mi się przynajmniej wydaje, chociaż dzień po dniu widzę, jak znakomicie funkcjonuje całe to zakłamane towarzystwo, które bez zastanowienia i bez zahamowań rządzi wielomilionowym krajem- za dewizę mając "jakoś to będzie"...
W taki sposób, to ja- na swój prywatny użytek- mogę podtrzymywać nadzieję, że jakoś dam radę lepiej czy gorzej przeżyć kolejny dzień- ale to nie może stanowić trzonu rządzenia państwem!
Tak mi się podobał ten obrazek i ta idea a widzę, że otwarta dłoń coraz częściej w pięść mi się zaciska.:(
Mimo wszystko- dobrego tygodnia!
To prawda. My wiemy, że oni kłamią. I co? I nico!- jakbym odpowiedziała w latach dzieciństwa.
Totalny zastój. Cisza... na blogach też. Bezruch. Jakby rezygnacja.
Z dwóch stron dostałam namiar na bloga młodego człowieka, który stara się zarejestrować możliwie najwięcej wydarzeń, choć ze świadomością, że wszystkiego na pewno nie uda się wyłapać i ogarnąć, bo tyle się dzieje każdego dnia.
https://pawellecki1979.blogspot.com/
Czytam. Czytam codziennie. To się dobrze czyta, bo jest szczere i bezpośrednie a jednak mam wątpliwości, czy to lektura dla każdego, bo kiedy będę chciała nakarmić własną beznadzieję i rezygnację, to przecież wystarczy otworzyć telewizor- tam aż się roi od straszliwych wiadomości- i to w każdej dziedzinie... Ale może nie na wszystko zwrócę uwagę?... więc jednak czytam. Czytam i zamieniam się w zdumienie, cała już jestem zdumieniem- przy całym tym przegigantycznym syfie prawicy poparcie nadal nie spada, może odrobinę, ale to niemal niezauważalne. Jak to wytłumaczyć?!... gen samozagłady?!... Czy ludzie oprzytomnieją, gdy przyjdzie postawić sobie ostateczne pytanie... być albo nie być...
----------------
p.s. Bąbel już po antybiotykach. Jest dość ciepło, więc z rozkoszą bawi się na dworze.
Ponieważ dostałam carte blanche na pisanie o Bąblu, to znowu będzie kilka zdań. ;))
A jednak!
Właściwie zaczęło się ciut przed świętami. Kręcił nosem na miskę i wyraźnie grymasił. Trochę zjadł, powąchał - i odchodził...
Na początku specjalnie się tym nie przejęłam, wychodząc z założenia, że widocznie dorwał coś na dworze i po prostu nie jest głodny. Przegłodnieje, to zje- pomyślałam. Ale gdy sytuacja następnego dnia się powtórzyła, trochę się zaniepokoiłam i zaczęłam szukać przyczyn: może kocie żarcie zbyt długo stało, może mało dokładnie umyłam miseczkę, może... Wreszcie, gdy wieczorem kolejnego dnia nie zjadł NIC a następnego rano jedynie powąchał jedzenie i odszedł- lekko spanikowałam i zaczęłam szukać rady w Googlach. I tu włosy stanęły mi dęba, bo wiele wskazywało na to, że kotu grozi zagłada!!!
Akurat skończyły się święta, więc zadzwoniłam do mojej pani weterynarz, niepokojąc się, czy przypadkiem nie wzięła dodatkowego urlopu. Na szczęście odebrała telefon, umówiłyśmy się, ja Bąbla w torbę- i na badanie.
Pani przebadała go od góry do dołu, od lewej do prawej i odwrotnie, bardzo dokładnie i orzekła, że- kot ma zapalenie gardła! Stąd ta niechęć do jedzenia, bo go po prostu boli przy przełykaniu.
No w życiu bym nie pomyślała, że to taki delikacik!! Już wiem, jak w praktyce wygląda określenie "francuski piesek"... to tylko chuchać, dmuchać i głaskać, bo za delikatny do normalnego zwierzęcego życia. Ale najważniejsze, że diagnoza była trafna i antybiotyk zdziałał cuda niemal natychmiast.
Ale żeby nie było za pięknie, to teraz jest zabawa z podawaniem antybiotyku, bo to cała seria. Pierwszy był zastrzyk, więc bez problemu, ale teraz... masakra!!!
Malutką tabletkę rozgniata się na łyżeczce, dodaje mililitr wody, robi zawiesinę, wciąga się toto do strzykawki a potem kotu do pyszczka tak, żeby przełknął. Sztuka niemal nieosiągalna! Jeszcze ani razu cała operacja nie odbyła się bezproblemowo!!! ;(
Ale nauka czyni mistrza! Wspólnie z synową, metodą prób i błędów, doszłyśmy do wersji optymalnej, czyli: najpierw rozdrabnianie pastylki antybiotykowej, potem wsypanie tego pyłu do mini mini kieliszeczka /nie mam pojęcia, skąd synowa takie cudeńko wzięła!/, potem zalanie tego mililitrem wody, rozbełtanie, wciągnięcie do strzykawki i - właściwy zabieg.
Bąbel wytrzymuje to z podziwu godną cierpliwością. No to już!
Został nam jeszcze dzisiejszy wieczór i kolejne 4 dni. Jakoś wytrzymamy!
Dziś wypuściłam kota na powietrze. Jest ciepło i sucho- a zamknięty w domu dostawał regularnego świra. Zaraz go zawołam i pewnie z właściwą sobie bezwzględnością znowu zajmie mój fotel...
Dobrego dnia! :)
...i nic mi nie pasowało.
Jak tu życzyć "wesołych świąt", kiedy z góry wiadomo, że one raczej wesołe nie będą. Marzyła mi się jakaś skromna karteczka z ciepłymi życzeniami- i nawet znalazłam, ale po prawej stronie jak wół- był widoczny znak ZNP, no nijak to podebrać! ;(
To dam to, co znalazłam:
Wszystkiego Wam, co najlepsze: zdrowia, spokoju, nadziei na lepsze dla wszystkich czasy i wiary, że te czasy wkrótce nadejdą. Życzę ludzkiej życzliwości, przyjaznej atmosfery, pogody ducha i słońca! Wszystkiego najlepszego! :)